Korzystając ze strony akceptujesz politykę cookies.


Tymoteusz Świątek: to wojna. Tu trzeba mieć jaja. WYWIAD

tymoteusz-swiatek-to-wojna-tu-trzeba-miec-jaja-wywiad

Na portalu sporteuro.pl ukazał sie obszerny wywiad z Tymoteuszem Świątkiem, bohaterem ostatnich dni w polskim MMA. Oto co "Omen" powiedział a na temat walki z Victorem Marinho na gali FEN 6 i lawiny komentarzy na temat tej "ringoklatkowej masakry", która pojawiła się potem w mediach.

Hubert Kęska: Już w domu? (rozmawiamy we wtorek, cztery dni po wrocławskiej masakrze)

Tymoteusz Świątek: Nie, jeszcze nie. Wizyta w szpitalu nieco się przedłużyła, ale jestem już na wylocie. Przygotowujemy się na wypis. Jest niewielu lekarzy, dlatego trochę z tym schodzi.

H.K.: W piątek mierzyłeś się w ringu z Marinho, teraz mierzysz się z realiami polskiej służby zdrowia?

T.S.: Nie, nie mogę tak powiedzieć. Panie pielęgniarki są bardzo miłe. Szpital we Wrocławiu – super. Nawet nie spodziewałem się, że w takiej placówce może być aż tak przyjaźnie. Mógłbym tu posiedzieć znacznie dłużej, tyle że inni też chcą pochorować (śmiech).

H.K.: Który to już raz na oddziale?

T.S.: Pierwszy! Przygoda, nie? Po żadnej z poprzednich walk nie jechałem do szpitala. Marinho jest pierwszym zawodnikiem, który mnie znokautował. Nawet kiedy parę razy spadłem z dachu pracując na budowie, nic mi nie było. Otrzepałem się i robiłem dalej. Nigdy nie miałem niczego złamanego. Mój organizm jest stworzony do wysiłku fizycznego. Jestem w stanie znieść bardzo wiele.

H.K.: Zgodnie z moimi obliczeniami w walce z Marinho w samej stójce przyjąłeś 156 czystych uderzeń i 25 kolan. Komentujący galę Andrzej Janisz mówił, że większość ciosów blokowałeś głową.

T.S.: Dało się?

H.K.: Jak widać dało. Ile lat życia zabrał Ci rywal?

T.S.: Nic mi nie zabrał, mam głowę z tytanu. Łeb twardy jak skała. Potrafię zderzyć się z pociągiem, a potem inteligentnie gadać.

H.K.: Ciosy Portugalczyka były „dla zwykłego śmiertelnika – śmiertelne”?

T.S.: (śmiech) Wiem do czego pijesz. Tak, uważam że ciosy Marinho dla zwykłego śmiertelnika byłby śmiertelne. Niejeden padłby znacznie wcześniej ode mnie. Ja jestem stworzony do tego, aby przetrwać takie nawałnice ciosów.

H.K.: Zdążyłeś już obejrzeć powtórkę piątkowej walki?

T.S.: Tak.

H.K.: Jakieś wnioski?

T.S.: Jestem zadowolony z jej przebiegu. Ludzie zobaczyli moją ciężką pracę. Po gali dotarło do mnie wiele pozytywnych komentarzy. Zdarzały się też oczywiście niepochlebne opinie. Osobiście uważam, że niepotrzebnie w mediach robi się nagonkę na mój narożnik i sędziów. To jest MMA, tu są prawdziwi mężczyźni, a w piątek widzowie mieli okazję oglądać prawdziwą mistrzowską walkę.

H.K.: „Mam jaja jak King Kong, a nie jak piłeczki ping-pongowe” - mówiłeś tak, kilka chwil po przebudzeniu.

T.S.: Potwierdzam. To cytat z Popka. Z jednej z jego piosenek zapamiętałem akurat tę linijkę i zacytowałem ją w rozmowie z dziennikarzem. Popek sam ma jaja jak King Kong, robi swoje i nikim się nie przejmuje. Jest bardzo szczerym człowiekiem. Nie udaje kogoś, kim nie jest. Przy tej okazji oczywiście go pozdrawiam. MMA nie polega na tym, aby skasować 5 tysięcy, odklepać i z uśmiechem na ustach udać się do domu. To wojna. Tu trzeba mieć jaja.

H.K.: Gdybyś znajdował się w narożniku kolegi, który byłby w analogicznej sytuacji co Twoja w trzeciej minucie piątej rundy, rzuciłbyś ręcznik?

T.S.: Nigdy w życiu nie rzuciłbym żadnego ręcznika. Nikomu nie życzę takiej porażki. Jestem prawdziwym facetem - tacy nie wywieszają białej flagi. Nigdy się nie poddam, nie pozwoli mi na to honor. Jeśli ktoś poddałby się w moim imieniu złamałbym mu rękę. Proszę to podkreślić. 

H.K.: Oglądałeś walkę Kondraciuk-Celiński na KSW 29? Tam narożnik postąpił wbrew woli zawodnika i kilka minut przed upływem regulaminowego czasu zakończył krwawą wojnę. W środowisku MMA decyzja obozu Kondraciuka została uznana za słuszną.

T.S.: Kondraciuk miał później pretensje do narożnika, które wcale mnie nie dziwią. Walczył wspaniale, mam do niego wielki szacunek. To była świetna walka, dlatego bardzo mi miło, że pada takie porównanie. Mnie pozwolono walczyć, miałem więcej szczęścia od „Tomaja”.

H.K.: Szef organizacji FEN w krytycznym momencie pojedynku usłyszał od ludzi z Twojego obozu: „Nie możemy tego zrobić Tymkowi”.

T.S.: Przed każdą walką zapowiadam, że ktokolwiek to zrobi, ktokolwiek rzuci ręcznik – będzie u mnie skreślony, zniknie z listy moich przyjaciół. Niezależnie czy rozmawiamy w tym kontekście o osobie z narożnika, organizatorze czy rozjemcy. Nie pozwalam, nie zgadzam się, biorę wszystko na siebie, wszelkie późniejsze konsekwencje.

H.K.: Trener Knap to człowiek z chorą ambicją – komentował na gorąco Łukasz Jurkowski.

T.S.: Nie zgadzam się z tym. Trener co przerwę pytali mnie jak się czuję, czy chce dalej walczyć. Poza wszystkim, nie życzę sobie, aby na temat mój, moich trenerów i sędziego wypowiadał się pan Jurkowski. Ten człowiek nigdy we mnie nie wierzył. Przed każdą walką powtarza, że mam nabity rekord i trzeba mnie zweryfikować. A ja jestem wojownikiem, a nie jego zabawką. Od początku mojej kariery twierdzi, że jestem słaby, mam chujowego trenera. Wciąż zaniża moją wartość. Niech trzyma się ode mnie z daleka. Dla mnie nie jest żadnym autorytetem. Co to za autorytet z dziesięcioma porażkami w rekordzie? Skoro jestem dla niego za słaby, niech sobie komentuje Chalidowa.

H.K.: Zabolała Cię wiadomość, że sędzia Jagielski został wykluczony ze struktur FEN?

T.S.: Tak, bardzo. Jestem zły na tę decyzję. Myślę, że właściciele federacji nie wytrzymali presji mediów, poniosły ich emocje. Mam nadzieje, że organizacja wróci jeszcze do współpracy z tym sędzią. Sam będę go bronił rękami i nogami. Ma odpowiednie doświadczenie w prowadzeniu walk, zna się na tym co robi, nigdy nie miałem z nim problemów. Wręcz przeciwnie, znakomicie się dogadywaliśmy.

H.K.: Może nawet za dobrze. Jagielski sędziował trzy z czterech Twoich wcześniejszych pojedynków. Myślisz, że fakt, iż dobrze zna Twój charakter, legendarną niezłomność, wpłynął na to, że tak długo zwlekał z zakończeniem pojedynku?

T.S.: Na pewno wie, w jaki sposób rozgrywam pojedynki taktycznie. Wie, że na początku zawsze przegrywam rundy, męczę przeciwnika, po to by z czasem odkryć jego słabe strony i w końcowym rozrachunku wygrać. Zna mój hart ducha.

H.K.: Hart ducha to jedno, umiejętności – drugi. Portugalczyk uwidocznił Twoje braki w stójce, a to wciąż bardziej grappler.

T.S.: Ale chłopak ma 26 lat, a ja dopiero 21! Przede mną pięć lat zbierania doświadczeń. Pięć lat największego rozwoju! Szybko go przegonię. Przecież już w tym pojedynku miałem lepsze momenty. Potrafiłem wrócić do gry, walczyłem do końca. Po raz pierwszy w życiu zostałem znokautowany, nie zapominaj jednak, że dało się mnie znokautować tylko ze względu na moje osłabienie. Przed pojedynkiem z Marinho musiałem zrzucić 15 kilo, bo trochę zapuściłem się w Anglii. To mnie bardzo zmęczyło, dlatego później zemdlałem. 

H.K.: Co robiłeś w Anglii?

T.S.: A jak myślisz? Pracowałem. Robiłem jako monter okien. To jeszcze nie ten poziom, kiedy możesz utrzymać się tylko ze sportu. Musiałem zarobić na życie, treningi. Prawie całą forsę, którą zarobiłem na Wyspach przeznaczyłem na przygotowania do walki z Marinho. Wiadomo, dieta, suplementy – to wszystko kosztuje. To, co zostało poszło na bieżącą egzystencję. Trzeba za coś żyć, a ja nie jestem człowiekiem, który będzie wegetował. Nie chce funkcjonować na zasadzie: „dzisiaj wydam 5 złotych, jutro 8, pojutrze siedem, a za dwa tygodnie muszę gdzieś jechać, więc przydałoby się oszczędzić”. Nie. Muszę utrzymać dom, opłacić rachunki. Czasami chcę gdzieś wyjść, wyjechać z dziewczyną i wypadałoby coś w tej kieszeni mieć. A nie jestem człowiekiem, który łazi i prosi: „a dej, a dej, a dej, bo jestem biedny”.

H.K.: Druga połówka była na Ciebie zła za to, że wystawiłeś ją w piątek na taką próbę nerwów?

T.S.: Nie, cały czas jest przy mnie i mocno mnie wspiera. Pomaga mi w kontaktach z prasą, zajmuje się moją menadżerką. To bardzo porządna i ogarnięta dziewczyna. Sama trenuje MMA, walczy, więc bardzo dobrze mnie rozumie. Jest wspaniała.

H.K.: Jaki jest ostatecznie bilans Twoich zdrowotnych strat? Skończyło się na strachu?

T.S.: Wbrew medialnym doniesieniom nie mam złamanego nosa i wstrząśnienia mózgu. Jestem zdrowiutki. Mam tylko lekko pęknięty oczodół. To efekt jakiegoś tam głupiego uderzenia. Coś takiego może się równie dobrze przytrafić, gdy walniesz się o beton, albo nawet o stolik. W szpitalu wsadzili mi płytkę. Mam uważać przez jakieś trzy miesiące, nie przyjmować ciosów. Psychicznie jestem już gotowy do kolejnych walk. Po okresie rekonwalescencji robimy wagę i mogę wchodzić do klatki.

H.K.: Nie ukrywaj, że jest Ci na rękę, gdy mówi się o Tobie per „Nieśmiertelny”. Pragniesz mieć taki wizerunek. 

T.S.: Niech tak zostanie. Chcę pokazać wszystkim, że jestem twardym i wartościowym zawodnikiem. A na tamten świat i tak się nie wybieram (śmiech).

H.K.: Myślisz o rewanżu z Marinho?

T.S.: To, że dojdzie do tego rewanżu jest raczej pewne. Bardzo chcę zdobyć mistrzowski pas. Aby to uczynić muszę zmierzyć się z wysoko postawionym rywalem. Portugalczyk spełnia to kryterium. Czy znów to będzie dystans pięciu rund? Czemu nie. To fajna formuła, eliminująca przypadki. Chciałbym w pełni skupić się na treningach. Mam cichą nadzieję, że do czasu kolejnej walki nie będę musiał łapać się dorywczych zajęć. Liczę na wsparcie sponsorów. Na pewno pieniążki, jakie otrzymałem od organizacji jako bonus za ostatnią walkę, pójdą w całości na poczet moich następnych przegotowań. 

H.K.: Czy polskie MMA wizerunkowo stać na jeszcze jedną tak bezlitosną rzeź? Po piątkowym pojedynku nie brakowało głosów, że cofnęliśmy się do czasów Starożytnego Rzymu.

T.S.: Odpowiem w ten sposób. Żeby zdobyć pas, najpierw trzeba się poświęcić. To była walka mistrzowska, która nie miała nic wspólnego z walką kupioną. Wszyscy mieli zobaczyć, że na mistrzostwo muszę zasłużyć. Nie zasłużyłem, zasłużył Viktor Marinho. To był prawdziwy pojedynek o pas. Nigdy nie interesowały mnie walki z leszczami, czy przebrzmiałymi gwiazdami zachodnich federacji, którym płaci się 5 tysięcy dolarów tylko za to, że pojawią się w klatce. Co to za walka, która kończy się po 30 sekundach, jakimś głupim poddaniem za paluszek u nogi? Nie powinno być tak, że coś tak ważnego jak tytuł, dostaje się ot tak, w nagrodę za zasługi. FEN to prawdziwa, męska organizacja. Realna konkurencja dla każdej innej polskiej federacji. Jeżeli ktokolwiek spektakl jaki zafundowaliśmy kibicom w Orbicie określa negatywnie, to uważam, że tylko faworyzuje kupowanie mistrzowskich walk przez KSW.

H.K.: Grubo. Z hukiem zamykasz sobie drzwi do KSW. To co? Melodią przeszłości będzie UFC?

T.S.: Moja poprzeczka wędruje coraz wyżej, cały czas idziemy do przodu. Będę walczył, pokazywał swoje serce i zaangażowanie. Czy UFC? Pieniądze nie są najważniejsze. Bardziej zależy mi na szacunku ludzi i częstych walkach, niż trzymaniu w  szufladzie i występach dwa razy do roku.

Rozmawiał HUBERT KĘSKA

Rozmowa ukazała się na portalu sporteuro.pl.

Foto: Paweł Najmowicz & Mateusz Porzucek / FEN

Opublikowano: 2015-03-11

Dodaj komentarz

Możesz używać bbcode - kliknij aby zobaczyć instrukcję.
  • [b]pogrubienie tekstu[/b]
  • [i]pochylenie tekstu[/i]
  • [u]podkreślenie tekstu[/u]
  • [img]link do obrazka[/img]
  • [url]http://jakis-link.pl[/url]
  • [url=http://jakis-link.pl]opis linka[/url]
  • [quote]dowolny cytat[/quote]
  • [quote=ktostam]cytat wybranego użytkownika[/quote]

Zobacz również